Dowiedz się więcej
Poznaj i zrozum jak wygląda
Technologia
Elastyczne zespoły
Sztuczna inteligencja
Cloud / chmura
Rozwój oprogramowania
Projektowanie produktów cyfrowych
Wybrane technologie
Usługi serwisowe IT
Fintech
Przemysł i produkcja
Rozwiązania dedykowane
Oprogramowanie produkcyjne
Rozszerzona rzeczywistość
Oprogramowanie dla branży HoReCa
Na początku 2023 roku temat Low-Code i No-Code wraca w rozmowach o cyfryzacji częściej niż kiedykolwiek. Po doświadczeniach pandemicznych firmy chcą wdrażać nowe narzędzia szybciej, taniej i z mniejszą zależnością od trudno dostępnych specjalistów. Nic dziwnego, że platformy wizualne – od Microsoft Power Platform po rozwiązania takie jak OutSystems czy Mendix – zaczęły być postrzegane jako realna alternatywa dla klasycznego wytwarzania aplikacji.
W tle pojawiają się też prognozy Gartnera, według których do 2025 roku około 70% nowych aplikacji będzie w jakiejś formie wykorzystywać podejście low-code. Czy to oznacza, że tradycyjne programowanie odchodzi do lamusa? To kusząca narracja, ale w praktyce odpowiedź rzadko bywa zero-jedynkowa. Wszystko zależy od tego, jaki problem ma rozwiązać aplikacja, jak krytyczny jest proces, jakie są wymagania bezpieczeństwa i jak firma planuje rozwój w perspektywie kilku lat.
Low-Code i No-Code to dwa pokrewne podejścia do tworzenia aplikacji, które opierają się na gotowych komponentach, konfiguracji i projektowaniu wizualnym. Różnica polega głównie na tym, kto ma być głównym twórcą i jak bardzo wolno wyjść poza to, co przewidział dostawca platformy. Oba podejścia skracają czas budowy rozwiązań, bo wiele typowych funkcji (formularze, uprawnienia, proste workflow, integracje „z pudełka") jest dostępnych od ręki.
Low-Code zwykle zakłada, że z platformy korzysta zespół techniczny lub przynajmniej osoba z podstawami programowania. Logikę buduje się głównie w sposób wizualny, ale w razie potrzeby można dopisać fragmenty kodu, napisać rozszerzenia czy skorzystać z API. To podejście bywa atrakcyjne dla organizacji, które chcą przyspieszyć development, ale jednocześnie nie chcą rezygnować z kontroli nad kluczowymi elementami architektury.
No-Code jest skierowane bardziej do użytkowników biznesowych, często określanych jako citizen developers – osób, które najlepiej znają proces, ale nie są programistami. W tym modelu aplikacje buduje się bez pisania kodu, w oparciu o predefiniowane komponenty i konfigurację. Przykładami platform, o których często mówi się na rynku, są Power Apps, OutSystems, Mendix czy Bubble – każda z nich ma inny profil, ale łączy je obietnica szybkiego tworzenia aplikacji przy użyciu interfejsu wizualnego.
Platformy Low-Code/No-Code szczególnie dobrze wypadają w przypadku wewnętrznych narzędzi i aplikacji departamentowych. Jeśli dział HR potrzebuje prostego systemu do onboardingu, a logistyka chce usprawnić obsługę zgłoszeń i statusów, narzędzia wizualne pozwalają zbudować rozwiązanie szybciej niż w klasycznym cyklu wytwarzania oprogramowania. Tego typu aplikacje zwykle mają ograniczoną liczbę użytkowników, przewidywalne scenariusze i stosunkowo standardowe potrzeby.
Drugim obszarem, w którym Low-Code błyszczy, jest szybkie prototypowanie i walidacja pomysłów. Gdy firma zastanawia się nad nowym produktem cyfrowym albo chce przetestować inną ścieżkę obsługi klienta, koszt i czas stworzenia MVP są kluczowe. Platforma wizualna bywa wtedy „poligonem", na którym można sprawdzić, czy proces działa, czy użytkownicy rozumieją interfejs i czy w ogóle warto inwestować w pełnoprawne rozwiązanie.
Trzeci scenariusz to automatyzacja prostych procesów biznesowych, zwłaszcza tam, gdzie do tej pory królowały arkusze kalkulacyjne, skrzynki mailowe i ręczne przeklejanie danych między systemami. Wiele platform oferuje gotowe konektory, podstawowe workflow oraz mechanizmy powiadomień. Jeśli proces jest powtarzalny, a jego logika nie jest skomplikowana, efekt biznesowy może pojawić się szybko – czasem w tygodniach, a nie miesiącach.
Czwarta sytuacja to aplikacje o standardowej funkcjonalności, bez wyjątkowo specyficznych wymagań. Prosty rejestr zgłoszeń, formularze, panel do zarządzania danymi, typowe raportowanie, podstawowe role i uprawnienia – to wszystko często da się zrealizować bez budowania od zera. W takich przypadkach Low-Code pozwala skupić energię zespołu na tym, co najważniejsze: dopracowaniu procesu i wdrożeniu zmiany w organizacji, zamiast na tworzeniu fundamentów technicznych.
Najczęściej powracającym tematem w rozmowach o platformach Low-Code jest vendor lock-in, czyli zależność od dostawcy. Aplikacja, która działa świetnie w danej platformie, może być trudna do przeniesienia w inne środowisko – nie tylko technologicznie, ale też kosztowo i organizacyjnie. Gdy dostawca zmienia cennik, ogranicza funkcje w planie licencyjnym lub modyfikuje sposób działania komponentów, firma może zostać postawiona pod ścianą, szczególnie jeśli rozwiązanie stało się krytyczne dla operacji.
Drugą barierą bywa customizacja i dopasowanie do niestandardowej logiki biznesowej. Platformy wizualne świetnie radzą sobie ze „średnią" potrzeb rynku, ale gdy proces ma wiele wyjątków, skomplikowane reguły, rozbudowane walidacje albo wymaga specyficznego UX, zaczynają się kompromisy. Zdarza się, że aplikację da się zbudować, ale jej utrzymanie robi się trudne, a każda zmiana staje się walką z ograniczeniami narzędzia zamiast naturalnym etapem rozwoju.
Wyzwania pojawiają się także przy skalowalności i wydajności. O ile w aplikacji departamentowej obciążenia są zwykle przewidywalne, o tyle w systemach obejmujących wiele oddziałów, wiele integracji i tysiące użytkowników równocześnie sytuacja wygląda inaczej. Nie każda platforma Low-Code zapewnia pełną kontrolę nad tym, jak działa cache, jak optymalizowane są zapytania, jak wygląda przetwarzanie asynchroniczne czy jak zachowuje się aplikacja pod skokowym obciążeniem.
W praktycznych projektach mocno odczuwalne są też integracje z systemami starszego typu (legacy), bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami. Konektor „z pudełka" nie zawsze wystarczy, gdy trzeba połączyć się z niestandardowym API, usługą on-premise, przemysłową bazą danych czy systemem produkcyjnym, który nigdy nie był projektowany pod nowoczesną integrację. Do tego dochodzą wymagania audytowe, kontrola uprawnień, ślad działań użytkownika, retencja danych czy szczegółowe polityki bezpieczeństwa – szczególnie istotne w większych organizacjach i branżach regulowanych. Nierzadko dopiero przy rozbudowie wychodzą również ukryte koszty: licencje per użytkownik, opłaty za środowiska, limity wywołań, dodatkowo płatne moduły czy potrzeba zatrudnienia specjalistów od danej platformy.
Dedykowane oprogramowanie najczęściej wygrywa wtedy, gdy cyfryzowany proces jest unikalny i realnie buduje przewagę konkurencyjną. Jeżeli firma ma własny, dopracowany sposób obsługi klienta, planowania produkcji, kalkulacji ofert czy zarządzania łańcuchem dostaw, platforma „dla wszystkich" może okazać się zbyt ciasnym gorsetem. W takich przypadkach dopasowanie narzędzia do procesu – a nie procesu do narzędzia – ma dużą wartość biznesową.
Własny development jest też naturalnym wyborem przy wymaganiach dotyczących wydajności i skali. Gdy aplikacja ma obsługiwać duże wolumeny danych, działać w trybie 24/7, obsługiwać wiele integracji w czasie rzeczywistym albo musi spełniać konkretne SLA, kontrola nad architekturą i kodem staje się kluczowa. Możliwość dobrania technologii, podejścia do cache, komunikacji asynchronicznej czy strategii skalowania w chmurze bywa decydująca.
Kolejna kwestia to złożone integracje i ekosystem systemów. W wielu przedsiębiorstwach funkcjonują równolegle ERP, CRM, WMS, rozwiązania raportowe, hurtownie danych, narzędzia do zarządzania jakością oraz systemy produkcyjne. Jeśli aplikacja ma spinać te elementy w spójną całość, dedykowany backend (np. w .NET) i dobrze zaprojektowane API często upraszczają rozwój, zwiększają niezawodność i ułatwiają utrzymanie w długim okresie.
Dedykowane rozwiązania bywają również konieczne przy specyficznych wymaganiach bezpieczeństwa i zgodności, zwłaszcza gdy w grę wchodzą dane wrażliwe, szczegółowy audyt działań, segmentacja dostępu, szyfrowanie na wielu poziomach czy restrykcyjne wymagania dotyczące hostingu. Istotna jest także długoterminowa wizja: jeśli aplikacja ma być rozwijana przez lata, a firma chce mieć większą niezależność technologiczną, własny kod i kontrola nad architekturą pozwalają unikać ograniczeń roadmapy dostawcy platformy.
Poniższe pytania pomagają szybko ocenić, czy projekt jest bardziej „platformowy", czy raczej wymaga dedykowanego wytworzenia:
Jeśli odpowiedzi wskazują na standardowy proces, niewielką skalę, ograniczoną liczbę integracji i niski poziom krytyczności, Low-Code/No-Code zwykle daje bardzo dobry stosunek czasu do efektu. W takim podejściu często najwięcej zyskuje organizacja: szybciej pojawia się pierwsza wersja, łatwiej zbierać feedback, a zmiana procesowa nie czeka miesiącami na „okienko" w backlogu IT.
Gdy natomiast dominują wymagania nietypowe, integracje są złożone, a aplikacja ma być „kręgosłupem" operacji, dedykowane oprogramowanie lepiej zabezpiecza przyszłość. Własny kod daje większą przewidywalność kosztów w długim horyzoncie (mniej niespodzianek licencyjnych) i ułatwia rozwój zgodnie z priorytetami firmy, zamiast w ramach ograniczeń platformy.
W wielu przedsiębiorstwach najlepsze rezultaty przynosi model hybrydowy, w którym Low-Code/No-Code i dedykowany development nie konkurują ze sobą, tylko się uzupełniają. Platforma wizualna może obsłużyć prostsze aplikacje wewnętrzne, formularze czy szybkie workflow, podczas gdy krytyczne elementy – integracje, logika domenowa, przetwarzanie dużych wolumenów danych – działają w dedykowanym backendzie.
Coraz częściej spotyka się architekturę, w której Low-Code pełni rolę warstwy prezentacji lub „frontu" dla użytkowników biznesowych, a właściwe reguły i integracje są realizowane przez usługi API. Takie podejście pomaga zachować szybkość wdrożeń po stronie biznesu, a jednocześnie utrzymać kontrolę nad bezpieczeństwem, wydajnością i rozwojem kluczowych komponentów. W środowiskach chmurowych (Azure/AWS/GCP) dodatkowym atutem jest możliwość skalowania i monitorowania dedykowanych usług niezależnie od warstwy aplikacyjnej.
Hybryda wymaga jednak świadomego projektowania: jasnego podziału odpowiedzialności, zasad integracji, zarządzania tożsamością i uprawnieniami oraz dobrego governance, aby citizen development nie zamienił się w trudny do utrzymania „shadow IT". Wtedy Low-Code staje się przyspieszaczem, a nie źródłem technologicznego długu.
Low-Code i No-Code są ważnym elementem krajobrazu IT w 2023 roku i wiele wskazuje na to, że ich rola będzie rosnąć. Dają realne korzyści w szybkości dostarczania rozwiązań, ułatwiają prototypowanie i pozwalają cyfryzować procesy tam, gdzie klasyczny development bywa zbyt kosztowny lub zbyt wolny. Jednocześnie nie rozwiązują wszystkich problemów – ograniczenia w customizacji, skalowaniu, integracjach czy ryzyko vendor lock-in sprawiają, że w krytycznych obszarach biznesu nadal wygrywa dedykowane oprogramowanie.
W praktyce decyzja powinna wynikać z kontekstu: dojrzałości procesów, skali, wymagań bezpieczeństwa i planów rozwoju. My w aveneo pomagamy oceniać te czynniki i dobierać podejście, które ma sens biznesowo – niezależnie od tego, czy finalnie będzie to platforma Low-Code, dedykowana aplikacja w .NET i React, rozwiązanie chmurowe w Azure/AWS/GCP, czy model hybrydowy. Jeśli potrzebujesz obiektywnej analizy i planu wdrożenia, konsultacja na starcie zwykle oszczędza najwięcej czasu i kosztów w dalszych etapach.
Michał od ponad dekady projektuje aplikacje internetowe zbudowane w oparciu o framework ReactJS. Jego podejście do UX pozwala aveneo, jako software house, dostarczać czytelne i proste w obsłudze narzędzia, które adresują najbardziej zaawansowane potrzeby biznesowe.