Dowiedz się więcej
Poznaj i zrozum jak wygląda
Technologia
Elastyczne zespoły
Sztuczna inteligencja
Cloud / chmura
Rozwój oprogramowania
Projektowanie produktów cyfrowych
Wybrane technologie
Usługi serwisowe IT
Fintech
Przemysł i produkcja
Rozwiązania dedykowane
Oprogramowanie produkcyjne
Rozszerzona rzeczywistość
Oprogramowanie dla branży HoReCa
Firma wdrożyła kilka lat temu system, który miał „wreszcie uporządkować procesy". Na początku wszystko szło sprawnie: nowe raporty powstawały w tydzień, integracja z kolejnym narzędziem była kwestią sprintu, a zespół IT chętnie podejmował się zmian. Dziś ta sama organizacja zauważa, że każda modyfikacja ciągnie się tygodniami, koszt utrzymania rośnie, a w rozmowach coraz częściej pada hasło „dług technologiczny". Do tego dochodzi nieprzyjemne poczucie, że im bardziej firma chce przyspieszyć cyfryzację, tym bardziej system ją spowalnia.
Właściciel lub dyrektor operacyjny zwykle nie chce słyszeć o „architekturze" czy „refaktoryzacji". Chce wiedzieć, czemu rozwój kosztuje więcej, dlaczego terminy stały się nieprzewidywalne i co zrobić, żeby nie zatrzymać firmy na kilka miesięcy „przepisując wszystko od nowa". I tu dług technologiczny przestaje być technicznym żargonem, a staje się realnym tematem zarządczym — takim, który wpływa na marżę, ryzyko operacyjne i tempo wejścia na nowe rynki.
Najłatwiej zrozumieć dług technologiczny przez analogię do długu finansowego. Firma bierze kredyt nie dlatego, że „lubi długi", tylko dlatego, że chce szybciej osiągnąć cel: kupić maszynę, otworzyć oddział, zainwestować w marketing. To racjonalne, o ile kredyt ma uzasadnienie, a spłata jest zaplanowana. Problem zaczyna się wtedy, gdy zobowiązań jest coraz więcej, koszt obsługi rośnie, a zarząd orientuje się, że znacząca część przychodów idzie na same odsetki.
W oprogramowaniu działa to podobnie. Zespół programistyczny czasem świadomie wybiera skrót: uprości rozwiązanie, dopisze „tymczasową" logikę, odłoży porządki w kodzie, bo „najpierw trzeba dowieźć funkcję". Biznes dostaje szybciej efekt, a produkt „jedzie dalej". Tyle że ten skrót ma cenę. Z czasem rosną „odsetki": każda kolejna zmiana staje się trudniejsza, bo trzeba omijać wcześniejsze uproszczenia, łatać skutki uboczne i tłumaczyć się z nieprzewidzianych problemów.
Ważne: dług technologiczny sam w sobie nie jest złem. W wielu firmach to naturalny mechanizm zarządzania ryzykiem i czasem. Gdy trzeba w krótkim oknie rynkowym uruchomić sprzedaż online, nikt nie będzie projektował wszystkiego idealnie, jeśli alternatywą jest spóźnienie się o pół roku. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy dług jest niekontrolowany: rośnie „po cichu", nikt go nie mierzy, nie ma planu spłaty, a organizacja żyje od wdrożenia do wdrożenia. Wtedy pojawia się efekt kuli śnieżnej: więcej długu oznacza wolniejsze zmiany, wolniejsze zmiany rodzą kolejne skróty, a skróty powiększają dług.
Skąd się bierze dług technologiczny? Najczęściej nie z lenistwa, tylko z warunków pracy. Presja czasu („na wczoraj") sprawia, że odkłada się porządki, dokumentacja przegrywa z dowiezieniem funkcji, a wiedza zostaje w głowach pojedynczych osób. Do tego dochodzi odkładanie aktualizacji technologii: system działa, więc po co ruszać? Tyle że świat idzie dalej, biblioteki się starzeją, a brak aktualizacji prędzej czy później zamienia się w przymus — i to zwykle w najmniej dogodnym momencie. Kolejna przyczyna to zmieniające się wymagania biznesowe. System projektowany pod jeden model działania po dwóch latach ma obsługiwać zupełnie inne procesy. Jeśli te zmiany dokłada się warstwa po warstwie, bez porządkowania fundamentów, łatwo wpaść w pułapkę: „da się, ale tylko bardzo ostrożnie i bardzo drogo".
Dług technologiczny jest zdradliwy, bo długo nie wygląda jak problem finansowy. Na fakturach widać „prace rozwojowe" albo „utrzymanie", a nie pozycję „odsetki od długu". Tymczasem właśnie tam zaczynają znikać realne pieniądze.
W systemach obciążonych długiem technicznym wdrożenie nowych funkcji potrafi zajmować nawet o jedną trzecią więcej czasu niż w uporządkowanym środowisku. Jeśli zespół kiedyś dowoził moduł w trzy tygodnie, a dziś potrzebuje czterech lub pięciu, to różnica nie jest kosmetyczna. Ona kumuluje się miesiąc po miesiącu i wprost przekłada na koszt pracy oraz utracone korzyści: opóźnione premiery, wolniejsze reagowanie na rynek, niepodjęte okazje sprzedażowe.
Badania McKinsey zwracały uwagę, że 10–20% budżetu IT przeznaczanego na nowe produkty bywa pochłaniane przez rozwiązywanie problemów wynikających z długu technicznego. To istotne, bo to nie jest „jakiś koszt utrzymania, który musi być". To część budżetu, która miała iść na wzrost, a idzie na przywracanie systemu do stanu, w którym w ogóle da się go rozwijać.
Najbardziej bolą jednak koszty pośrednie, bo są rozproszone i trudniej je ująć w Excelu. Time-to-market wydłuża się niepostrzeżenie: najpierw o tydzień, potem o dwa, aż w końcu firma zaczyna planować zmiany na kwartały, a nie na sprinty. Pojawiają się „niespodzianki" przy pozornie prostych poprawkach, bo w starych fragmentach systemu nic nie jest do końca pewne. Do tego dochodzi ryzyko awarii i bezpieczeństwa: im starsze komponenty i im więcej „łat", tym większa szansa, że coś pęknie w najmniej oczekiwanym miejscu.
Jest też koszt ludzki, który szybko staje się kosztem biznesowym. Dobrzy programiści nie lubią pracować w środowisku, w którym połowa czasu idzie na gaszenie pożarów, a każda zmiana wiąże się z lękiem „co się wysypie". Rotacja rośnie, onboarding nowych osób trwa dłużej, a firma zaczyna płacić nie tylko za rekrutacje, ale i za spadek produktywności zespołu.
Wyobraźmy sobie średnią firmę dystrybucyjną, która przez pięć lat rozwijała własny system ERP. Na początku zespół był zadowolony: szybko dopasowywał funkcje do procesów magazynowych i sprzedażowych. Z czasem jednak priorytetem stało się „dowożenie" kolejnych zmian pod nowe kanały i niestandardowe rabaty. Refaktoryzacja i porządkowanie kodu przegrywały z bieżącymi potrzebami. Po pięciu latach każda nowa funkcjonalność trwa trzy razy dłużej niż na początku, około 40% czasu zespołu znika na „gaszeniu pożarów", a planowana integracja z marketplace'em jest odkładana z miesiąca na miesiąc, bo „system tego nie lubi". W pewnym momencie nie chodzi już o to, że integracja jest trudna — chodzi o to, że przestaje być przewidywalna. A brak przewidywalności w technologii bardzo szybko staje się problemem biznesowym.
Nie trzeba zaglądać do kodu, żeby zauważyć, że dług technologiczny rośnie. Wystarczy obserwować powtarzalne wzorce w pracy zespołu i w realizacji projektów. Pierwszy sygnał to systematycznie rosnący czas wdrażania zmian — nie dlatego, że firma robi większe rzeczy, tylko dlatego, że „nawet drobne poprawki" zaczynają trwać podejrzanie długo. Drugi sygnał to niespodziewane problemy przy prostych zadaniach: zmiana pola w formularzu wywołuje błąd w raporcie, poprawka w logice rabatów psuje wystawianie faktur. Gdy takie sytuacje zdarzają się regularnie, to znak, że system jest mocno spleciony i kruchy.
Charakterystycznym momentem jest też to, gdy zespół IT zaczyna mówić o potrzebie „przepisania systemu". Czasem to realna potrzeba, ale częściej jest to skrót myślowy: ludzie czują, że grunt jest niestabilny, więc marzy im się „czysta kartka". Z perspektywy zarządczej warto wtedy zapytać: co konkretnie boli i gdzie są największe źródła ryzyka? Bo „przepisać wszystko" to zwykle reakcja na frustrację, a nie plan.
Niepokojące jest również to, że estymacje stają się coraz bardziej rozjechane. Jeśli zespół konsekwentnie nie potrafi oszacować prostych prac, to bywa znak, że nie ma kontroli nad skutkami ubocznymi zmian. Wreszcie — rotacja. Gdy ludzie odchodzą, a na ich miejsce trudno znaleźć chętnych, technologia przestaje być tylko narzędziem, a zaczyna być przeszkodą.
W rozmowie z zespołem technicznym warto zadać kilka prostych pytań, które szybko ustawiają temat na konkretach: ile czasu idzie na utrzymanie, a ile na rozwój? Czy są fragmenty systemu, których „nikt nie chce dotykać"? Kiedy ostatnio aktualizowaliśmy kluczowe komponenty, na których opiera się produkt? Te pytania nie wymagają żargonu, a potrafią ujawnić, czy firma spłaca dług, czy tylko go roluje.
Największym błędem w podejściu do długu technologicznego jest myślenie zero-jedynkowe: albo nic nie robimy, albo zatrzymujemy rozwój i przez pół roku „porządkujemy". W praktyce da się działać inaczej — tak, żeby firma dalej dowoziła funkcje, a jednocześnie stopniowo odzyskiwała prędkość.
Pierwszy krok to inwentaryzacja, ale rozumiana po biznesowemu. Nie chodzi o stworzenie listy „wszystkiego, co jest brzydkie w kodzie", tylko o zidentyfikowanie obszarów, które mają jednocześnie wysoki dług i wysoki wpływ na firmę. W wielu organizacjach 80% bólu generuje kilka kluczowych modułów: cenniki, magazyn, integracje, płatności, logika promocji, raportowanie. Jeżeli tam „odsetki" są największe, to tam spłata długu da najszybszy zwrot.
Drugim krokiem jest priorytetyzacja. Dług technologiczny bywa jak bałagan w piwnicy: można spędzić miesiąc na porządkach i nie poczuć poprawy w codziennym życiu. Dlatego nie wszystko wymaga natychmiastowej naprawy. Część elementów może być brzydka, ale stabilna i rzadko dotykana. Inne są krytyczne, bo zmieniają się co tydzień. Zarządczo to duża różnica.
Bardzo praktycznym podejściem jest modernizacja ewolucyjna, często opisywana jako Strangler Pattern. Idea jest prosta: nie burzymy domu, w którym mieszkamy. Robimy remont po kolei, pokój po pokoju. Nowe funkcjonalności budujemy już „po nowemu", w sposób bardziej uporządkowany, a stare elementy zastępujemy sukcesywnie — zwykle przy okazji zmian, które i tak trzeba wykonać. Dzięki temu nie ma jednego wielkiego „projektu przepisywania", który blokuje biznes i niesie ogromne ryzyko. Jest ciągła poprawa, która w pewnym momencie daje efekt przełomowy: system zaczyna znowu reagować na potrzeby firmy.
W tym miejscu pojawia się temat budżetu i mocy przerobowych. Zdrowe zespoły często przeznaczają 20–30% czasu na spłatę długu technicznego i usprawnienia infrastruktury. Dla biznesu to brzmi jak „koszt", ale w rzeczywistości jest to inwestycja w przewidywalność i tempo. Jeśli dziś poświęcimy część zasobów na uporządkowanie najboleśniejszych obszarów, to za kilka miesięcy te same zasoby zaczną dowozić więcej funkcji w tym samym czasie. Dług działa jak tarcie w maszynie — można je ignorować, ale wtedy silnik szybciej się zużywa i spala więcej paliwa.
Żeby spłata nie stała się kolejnym „ładnym hasłem", trzeba mierzyć postępy. Nie chodzi o skomplikowane metryki techniczne, tylko o wskaźniki, które rozumie zarząd: trend czasu wdrażania typowych zmian, liczba incydentów i czas ich rozwiązywania, stabilność wydań, częstotliwość wdrożeń. Jeśli po kilku miesiącach te parametry zaczynają się poprawiać, to znaczy, że spłata długu działa — nawet jeśli w kodzie nadal jest sporo do zrobienia.
Są sytuacje, w których stopniowa modernizacja jest rozsądna, ale nie rozwiąże problemu w satysfakcjonującym czasie. Najbardziej oczywisty przypadek to system oparty na technologii niewspieranej albo praktycznie wymarłej. Jeśli kluczowe komponenty nie mają aktualizacji, trudno o specjalistów, a bezpieczeństwo zaczyna być ryzykiem nie do zaakceptowania, to „przeczekanie" zwykle tylko zwiększa koszty przyszłej zmiany.
Drugi przypadek to architektura, która fundamentalnie nie pasuje do dzisiejszego biznesu. Firma mogła przejść z modelu B2B na hybrydę B2B/B2C, wejść w sprzedaż wielokanałową, zacząć działać międzynarodowo albo budować ekosystem partnerów. Jeśli system był projektowany pod prostszy świat, dokładanie kolejnych warstw może w końcu stać się nielogiczne ekonomicznie.
Trzeci sygnał to sytuacja, gdy koszty utrzymania zaczynają realnie konkurować z kosztem budowy nowego rozwiązania. Nie zawsze oznacza to, że „trzeba wszystko wymienić", ale warto policzyć alternatywy. Często okazuje się, że najdroższe nie jest samo utrzymanie, tylko utracone możliwości: projekt, którego nie da się uruchomić, bo integracja jest zbyt ryzykowna albo zbyt wolna.
Nawet wtedy podejście „przepisujemy od zera" bywa pułapką. Dużo bezpieczniejsze jest planowanie migracji etapami: wydzielanie nowych modułów, równoległe uruchamianie elementów, stopniowe przenoszenie danych i procesów, a na końcu wygaszanie starego systemu. Firma nadal pracuje, klienci nadal kupują, a zespół nie gra va banque jednym wielkim wdrożeniem.
Dług technologiczny jest naturalną częścią życia każdego systemu — tak jak kredyt bywa naturalną częścią rozwoju firmy. Problem zaczyna się nie wtedy, gdy dług istnieje, ale gdy nikt nie wie, ile go jest, gdzie boli najbardziej i ile kosztują „odsetki" płacone każdego miesiąca w postaci wolniejszych wdrożeń, większego ryzyka i frustracji zespołu.
Najrozsądniejsze podejście jest zaskakująco podobne do zarządzania finansami: świadomość, plan spłaty, priorytety i regularny przegląd stanu. W praktyce oznacza to wybór obszarów o największym wpływie biznesowym, modernizację krok po kroku oraz stałe mierzenie, czy firma odzyskuje prędkość i przewidywalność.
Inwestycja w jakość kodu i architektury rzadko daje efekt „na jutro", ale bardzo często daje coś ważniejszego: elastyczność działania za pół roku i za dwa lata. A w świecie po pandemii, gdzie presja na cyfryzację i automatyzację raczej nie spadnie, ta elastyczność bywa jedną z najbardziej niedocenianych przewag konkurencyjnych.
— Maciej
Maciej jest doświadczonym starszym analitykiem i menadżerem projektów IT w firmie aveneo. Posiada bogatą wiedzę i umiejętności w zakresie zarządzania projektami rozwoju oprogramowania, a także wdrażania i integracji systemów informatycznych. Dzięki swoim kompetencjom Maciej skutecznie zarządza zespołami projektowymi i zapewnia terminową realizację oraz najwyższą jakość.