Dowiedz się więcej
Poznaj i zrozum jak wygląda
Technologia
Elastyczne zespoły
Sztuczna inteligencja
Cloud / chmura
Rozwój oprogramowania
Projektowanie produktów cyfrowych
Wybrane technologie
Usługi serwisowe IT
Fintech
Przemysł i produkcja
Rozwiązania dedykowane
Oprogramowanie produkcyjne
Rozszerzona rzeczywistość
Oprogramowanie dla branży HoReCa
Inspektor jakości po ośmiu godzinach przy linii produkcyjnej ma w oczach „szum". Ten sam detal przesuwa się setki razy, światło odbija się podobnie, a mózg próbuje utrzymać koncentrację na drobnych różnicach. Statystyki z praktyki przemysłowej są bezlitosne: po kilku godzinach monotonnej kontroli skuteczność wykrywania małych defektów potrafi spaść nawet o 20–30%. To nie kwestia zaangażowania pracowników, tylko fizjologia i ograniczenia percepcji.
Właśnie w tym miejscu wchodzi computer vision, czyli wizja maszynowa w służbie kontroli jakości. System nie męczy się, nie „przyzwyczaja" do obrazu, nie potrzebuje przerwy na kawę i potrafi oceniać każdy produkt z tą samą konsekwencją — od pierwszej do ostatniej sztuki na zmianie. W tym artykule pokażę, jak działa inspekcja wizyjna w realiach fabryki, jakie problemy rozwiązuje najlepiej i kiedy inwestycja w automatyczną kontrolę jakości ma biznesowy sens.
Najprościej mówiąc, computer vision to zdolność komputera do „widzenia" i interpretowania obrazów. W produkcji oznacza to zestaw kamer przemysłowych oraz algorytmów, które potrafią rozpoznać, czy produkt spełnia kryteria jakości, czy też ma wadę — rysę, brak komponentu, źle naklejoną etykietę albo odchyłkę wymiarową. Dla operatora to często wygląda jak „kamera nad przenośnikiem", ale w tle dzieje się analiza obrazu, porównywanie wzorców i podejmowanie decyzji w ułamku sekundy.
Wizja maszynowa przeszła dużą ewolucję. Dawniej dominowały systemy regułowe: ustawiano progi jasności, kontrastu, wymiary referencyjne i sprawdzano, czy obraz się w nich mieści. To działało, ale było kruche — wystarczała zmiana oświetlenia albo drobna różnica partii materiału, by pojawiały się fałszywe alarmy. Dziś coraz częściej wykorzystuje się uczenie głębokie, czyli modele, które uczą się defektów na przykładach i lepiej radzą sobie z naturalną zmiennością produkcji.
„Dlaczego teraz?" — bo kilka klocków dojrzało jednocześnie. Kamery przemysłowe i oświetlenie są tańsze i łatwiej dostępne, moc obliczeniowa (także na brzegu sieci, przy linii) znacząco wzrosła, a narzędzia do uczenia maszynowego stały się na tyle dojrzałe, że wdrożenia nie są już domeną wyłącznie największych koncernów. W praktyce: uczenie maszynowe w produkcji stało się technologią, którą można wdrażać etapami i rozsądnie liczyć ROI.
Typowy system inspekcji wizyjnej to nie tylko kamera i „jakiś algorytm". To zestaw elementów, które muszą współgrać, bo najsłabsze ogniwo potrafi zepsuć cały efekt. Zaczyna się od kamer — czasem jednej, czasem kilku, ustawionych pod różnymi kątami, a bywa, że także w różnych zakresach światła (np. światło widzialne i podczerwień), jeśli defekt lepiej „wychodzi" w innym spektrum.
Drugim kluczowym elementem jest oświetlenie. W praktyce wdrożeniowej powtarzam, że źle dobrane światło to połowa problemów w wizji maszynowej: refleksy, cienie, połysk, pył w powietrzu — wszystko to zmienia obraz bardziej, niż wielu osobom się wydaje. Dobre oświetlenie stabilizuje warunki i sprawia, że wykrywanie defektów staje się przewidywalne, a nie zależne od „szczęścia" i pory dnia.
Dalej mamy jednostkę obliczeniową. Często jest to komputer typu edge przy linii, który podejmuje decyzje natychmiast (np. sygnał odrzutu na siłownik), ale w części przypadków analiza może iść na serwer — zwłaszcza gdy potrzebujemy cięższych modeli lub agregacji danych z wielu stanowisk. Na końcu jest oprogramowanie analityczne oraz integracja z produkcją: zapis wyników do MES, alerty, statystyki, a czasem automatyczne wstrzymanie procesu przy skoku liczby wad.
Ważna rzecz: nie ma uniwersalnych rozwiązań „z pudełka". Nawet jeśli kupujemy gotową platformę, model i parametry muszą zostać dopasowane do konkretnego produktu, tła, prędkości linii i realnych typów wad. Kluczowe jest też trenowanie na danych z tej konkretnej linii — to właśnie wtedy system zaczyna rozumieć, co jest normalną zmiennością, a co faktycznym defektem.
Najwięcej zysku daje wizja maszynowa tam, gdzie defekty są wizualne, powtarzalne i występują na tyle często, że warto je „łapać" w 100% kontroli. Klasyczny przykład to kontrola powierzchni: rysy, wgniecenia, przebarwienia czy wady powłoki na elementach metalowych i plastikowych. W zakładzie, w którym detale mają lekki połysk, człowiek potrafi przeoczyć mikrorysę, zwłaszcza gdy światło pada pod niekorzystnym kątem; kamera z dobranym oświetleniem widzi ją konsekwentnie na każdej sztuce.
Bardzo dobrze działa też weryfikacja kompletności. W montażu wystarczy brak jednej uszczelki, źle osadzony klips albo przekręcona etykieta, by produkt wrócił jako reklamacja. System wizyjny porównuje układ elementów do wzorca i potrafi wykryć brak, przesunięcie albo błędną orientację szybciej niż człowiek, szczególnie przy krótkim takcie. W praktyce często ratuje to firmy przed kosztowną „ucieczką wady" do klienta.
Kolejny obszar to kontrola wymiarowa, zwłaszcza tam, gdzie tradycyjne pomiary są zbyt wolne lub trudne do zautomatyzowania. Nie zawsze zastępuje to CMM czy twarde pomiary metrologiczne, ale w wielu procesach daje szybki screening: czy otwór jest w odpowiednim miejscu, czy krawędź nie jest wyszczerbiona, czy element ma właściwy zarys. Do tego dochodzi odczyt kodów i oznaczeń — OCR numerów seryjnych i weryfikacja nadruków — gdzie computer vision zapewnia spójność traceability bez ręcznego przepisywania.
W produkcji spożywczej i farmaceutycznej ważnym przypadkiem jest wykrywanie zanieczyszczeń: ciało obce w opakowaniu, niewłaściwy kolor produktu, niekompletny blister. Tutaj automatyczna kontrola jakości bywa nie tylko kwestią oszczędności, ale też bezpieczeństwa i zgodności z wymaganiami klientów oraz audytów.
Najbardziej odczuwalną korzyścią jest spadek liczby wadliwych produktów, które docierają do klienta. W porównaniu z inspekcją manualną, dobrze wdrożona inspekcja wizyjna potrafi zredukować „ucieczkę defektów" typowo o 70–90%, szczególnie w klasie wad drobnych, powtarzalnych i trudnych do wychwycenia po wielu godzinach pracy. To przekłada się na mniejsze koszty reklamacji, zwrotów i — co często najważniejsze — mniej napięć w relacjach B2B.
Drugi obszar to przepustowość. System wizyjny analizuje obraz w ułamkach sekund i może obsłużyć setki produktów na minutę, podczas gdy człowiek realnie sprawdzi kilkanaście — i to przy rosnącym zmęczeniu. W firmach, gdzie kontrola jakości jest wąskim gardłem, computer vision odblokowuje takt linii bez „dokładania" kolejnych stanowisk manualnych.
Istotna jest też powtarzalność i obiektywizm. Dwóch inspektorów może inaczej ocenić tę samą rysę, a ta sama osoba inaczej oceni ją rano i na koniec zmiany. Wizja maszynowa stosuje ten sam standard decyzyjny, a jeśli standard ma się zmienić — zmieniamy parametry lub model i możemy to udokumentować. Do tego dochodzi pełna dokumentacja: zapis obrazu i wyniku inspekcji dla każdej sztuki, co wzmacnia traceability i przydaje się przy analizie przyczyn źródłowych.
W wielu zakładach ROI nie wynika z „zastąpienia ludzi", tylko z ograniczenia kosztów jakościowych i stabilizacji procesu. Mniej reklamacji to mniej gaszenia pożarów, mniej kosztów logistycznych i mniej nieplanowanych przestojów związanych z sortowaniem i akcjami naprawczymi.
Najczęstsze rozczarowania biorą się nie z tego, że technologia nie działa, tylko z tego, że oczekiwania były „magiczne". Model jest tak dobry jak dane, na których go wytrenowano. Jeśli mamy mało przykładów wad, są źle opisane albo pochodzą z innych warunków niż produkcyjne, system będzie się mylił. To dlatego etap zbierania i oznaczania danych bywa najbardziej czasochłonny — i nie warto go skracać na siłę.
Kolejnym wyzwaniem jest zmienność produktu. Naturalne różnice w kolorze, fakturze czy delikatnych odchyłkach wymiarów mogą generować fałszywe alarmy, jeśli model nie „widział" tych wariantów podczas uczenia. W praktyce dobrze zaplanowane wdrożenie uwzględnia różne partie materiału, zmianę dostawców, a nawet starzenie się narzędzi, bo to wszystko zmienia obraz produktu w czasie.
Warunki środowiskowe też mają znaczenie: kurz, wibracje, drgania przenośników, zmiany temperatury czy przypadkowe przestawienie lampy potrafią pogorszyć jakość obrazu. Dlatego mechanika mocowania, osłony, stabilność oświetlenia i procedury utrzymania ruchu są równie ważne jak sam algorytm. Do tego dochodzi fakt, że system wymaga doskonalenia — pojawiają się nowe typy defektów, zmienia się proces, trzeba okresowo douczać model i kalibrować stanowisko.
Integracja z istniejącą infrastrukturą bywa ostatnim „zderzeniem z rzeczywistością". Nie każda linia jest przygotowana na dodatkowe elementy, sygnały odrzutu, buforowanie czy komunikację z MES. Dobra wiadomość jest taka, że większość tych problemów jest rozwiązywalna, jeśli podejdzie się do projektu jak do elementu procesu, a nie tylko zakupu kamery i licencji.
Wyobraźmy sobie zakład produkujący komponenty metalowe dla branży motoryzacyjnej. Kontrola jakości była tu klasycznym wąskim gardłem: trzy osoby na zmianę sprawdzały powierzchnię detali pod kątem rys, wgnieceń i wad powłoki. Produkcja wynosiła około 800 sztuk na zmianę, a norma inspekcji ręcznej zakładała 30 sekund na detal, co przy realiach linii oznaczało presję czasu i nieuniknione kompromisy.
Problem nie polegał na braku kompetencji zespołu, tylko na skali i zmęczeniu. Gdy detal po detalu wygląda podobnie, łatwo przeoczyć drobną rysę na krawędzi albo subtelne przebarwienie, które pod innym kątem światła byłoby widoczne od razu. Dodatkowo nie dało się sensownie prowadzić pełnej dokumentacji: jeśli klient zgłaszał reklamację, firma miała co najwyżej zapis partii, ale nie obraz konkretnej sztuki.
Po wdrożeniu stanowiska wizyjnego z dobranym oświetleniem i modelem trenowanym na danych z tej linii czas inspekcji spadł do około 2 sekund na detal. Wykrywalność typowych defektów wzrosła, a wyniki stały się powtarzalne między zmianami. Co ważne, pracownicy nie zostali „wyrugowani" z procesu — przesunięto ich do zadań, w których człowiek jest niezastąpiony: kontroli końcowej wyrobów złożonych, analizy przyczyn źródłowych oraz współpracy z produkcją przy eliminacji źródeł wad. W efekcie jakość wzrosła, a kontrola przestała ograniczać takt.
Wdrożenie wizji maszynowej zwykle ma sens wtedy, gdy wolumen jest na tyle duży, że manualna kontrola 100% produkcji jest nieopłacalna albo po prostu niewykonalna. Dobrze rokują też procesy, w których defekty są wizualne i dają się opisać przykładami — system musi mieć czego się „nauczyć", a nie polegać na interpretacji estetycznej. Bardzo często projekt broni się sam w branżach o wysokich kosztach błędu u klienta, takich jak automotive, medycyna czy lotnictwo, gdzie jedna reklamacja potrafi kosztować więcej niż pół roku utrzymania stanowiska.
Istotnym argumentem jest też potrzeba dokumentacji i traceability. Jeśli audyty i wymagania klientów rosną, a firma chce mieć twardy zapis: obraz, wynik, parametry, czas — computer vision daje to w standardzie, czego inspekcja manualna zwykle nie zapewnia. Kolejna sytuacja to presja na skrócenie czasu cyklu: gdy kontrola jakości hamuje produkcję, automatyczna kontrola jakości bywa najprostszą drogą do zwiększenia przepustowości bez przebudowy całej linii.
Są też przypadki, w których lepiej zachować ostrożność. Produkcja jednostkowa lub małoseryjna z dużą zmiennością może sprawić, że przygotowanie danych i utrzymanie modelu będzie zbyt kosztowne względem korzyści. Podobnie, gdy defekty wymagają oceny kontekstowej i „wyczucia" — np. w produktach premium, gdzie granica akceptacji jest płynna i zależna od klienta. I wreszcie budżet: jeśli nie ma środków na sensowne przygotowanie danych, oświetlenie i integrację, projekt bywa skazany na walkę z fałszywymi alarmami.
Najbezpieczniejszą drogą jest pilotaż na jednej linii lub jednym typie produktu. Pozwala to szybko sprawdzić, czy kamera „widzi" defekty w rzeczywistych warunkach, czy oświetlenie jest stabilne i jak wygląda rozkład wad w praktyce, a nie w założeniach. Pilotaż ma też tę zaletę, że buduje zaufanie organizacji do technologii — szczególnie, jeśli od początku pokazujemy zarówno możliwości, jak i granice systemu.
Warto zaangażować operatorów i inspektorów jakości od pierwszych tygodni. To oni wiedzą, które defekty są krytyczne, które są „szumem", gdzie produkt sprawia najwięcej problemów i jakie sytuacje w procesie generują wady. Ich wiedza bardzo przyspiesza przygotowanie danych treningowych i pomaga w ustaleniu sensownych kryteriów akceptacji. Z mojego doświadczenia wynika, że projekt idzie szybciej, gdy zespół jakości traktuje system jak narzędzie, a nie „czarną skrzynkę od IT".
Trzeba też zaplanować czas na zebranie i oznaczenie danych. To etap mało widowiskowy, ale kluczowy — szczególnie jeśli wady są rzadkie i trzeba je „złapać" w trakcie normalnej produkcji. Po uruchomieniu niezbędny jest okres strojenia: pierwszy model rzadko jest idealny, bo dopiero realne tempo linii pokazuje, gdzie pojawiają się odbicia, jakie warianty produktu istnieją i które alarmy są fałszywe. Na koniec, jeszcze przed startem projektu, warto ustalić KPI: co uznajemy za sukces i jak mierzymy poprawę, żeby wdrożenie nie było oceniane „na czuja".
Computer Vision jest jednym z bardziej dojrzałych elementów przemysłu 4.0, bo odpowiada na bardzo konkretne, policzalne problemy: jakość produkcji, przepustowość i stabilność procesu. Nie jest to technologia, która „zastępuje ludzi" w prostym sensie. W praktyce najczęściej zastępuje monotonną, męczącą pracę polegającą na ciągłym patrzeniu i porównywaniu, a ludzi przenosi tam, gdzie potrzebny jest osąd, doświadczenie i rozumienie procesu.
Dla firm, które chcą poprawić kontrolę jakości bez rewolucji w całej fabryce, wizja maszynowa bywa jedną z najskuteczniejszych ścieżek. Kluczem jest realistyczne podejście: dobre oświetlenie, dane z własnej linii, integracja z procesem i gotowość do iteracji po starcie. Gdy te elementy są dopięte, system inspekcji wizyjnej staje się nie tyle gadżetem, co stabilnym narzędziem do codziennego utrzymania jakości.
Milena jest odpowiedzialna nie tylko za opiekę nad kluczowymi klientami firmy, ale przede wszystkim za nawiązywanie nowych relacji biznesowych naszego software house. Z zaangażowaniem dba również o potrzeby wewnętrzne, zapewniając niezakłócony proces biznesowy. Dzięki jej pracy aveneo jest silnym i stabilnym software house.